Pociąg „Prietenia” (rum. przyjaźń) rusza z zaskakująco ładnego dworca w Kiszyniowie o godzinie 17. Dworzec w stolicy jest tym, czym Kiszyniów chciałby być – małą wizytówką niewielkiego, jak gdyby zapomnianego kraju.
Najrzadziej odwiedzany kraj w Europie
Według różnych danych statystycznych Mołdawia regularnie umieszczana jest jako jeden z najrzadziej odwiedzanych krajów Europy. Kiszyniów zaś z pewnością nie wpasowuje się w kanony piękna, którymi kierują się tworzący wszelakie rankingi topowych miejsc. Warto jednak dać mu szansę. Zobaczycie tu Łuk Triumfalny, urokliwy Sobór Narodzenia Pańskiego, a na targu Piata Centrala – to, co w podróży lubię najbardziej: zwykłych Mołdawian zaopatrujących się w potrzebne do życia towary. Jedzenie, obuwie, ubrania, AGD, meble. Przypominają mi się czasy, kiedy razem z dziadkiem co tydzień wybierałem się na podobny targ w moim miasteczku.
W Kiszyniowie można też świetnie i przystępnie cenowo zjeść. Mołdawska kuchnia słynie przede wszystkim z wspaniałych zup – z rosyjskimi, rumuńskimi i tureckimi wpływami. Miasto ma też kilka uroczych parków, m.in. Valea Morilor ze sporym jeziorem pośrodku. Nadal jednak dominuje ciężka architektura z czasów sowieckich. Symbolem miasta staje się – nieco złośliwie – budynek Hotelu National: opuszczony hotel widmo pomalowany w barwy mołdawskiej flagi.
Najbliższa okolica dworca wpisuje się w ten mniej przyjemny krajobraz: przerdzewiały most nad torami, nieco śmieci dookoła, okolica sprawiająca wrażenie opuszczonej. Sam dworzec jest jednak zadbany, z makietą miasta i zadbanymi roślinami – jakby czekał na setki podróżnych, którzy nigdy tu nie dotrą. Kolej w Mołdawii mocno kuleje. Podobnie jak cały kraj, który należy do najbiedniejszych w Europie. To jednak nie wpływa na życzliwość jego mieszkańców – są to ludzie pomocni, otwarci i chętni do rozmowy.
Klimat lat 60.
To będzie długa podróż – 14 godzin pociągiem Kiszyniów-Bukareszt. Konduktor dba o to, aby każdy zajął miejsce w swoim przedziale i upewnia się, czy wszyscy otrzymali pościel: zaskakująco wygodną poduszkę, dwa prześcieradła i gryzący koc. Po wyruszeniu pociągu udaje się między wagony na zasłużonego „dymka”. Wagony pamiętają lata 60. lub 70. Podróżujemy zimą, więc zastanawiamy się, jak będzie ogrzewany nasz przedział. Odpowiedź przychodzi szybko – znowu pojawia się niezawodny konduktor, który dorzuca węgiel do małego piecyka. Podczas nocy okazuje się, że problemem nie jest chłód, lecz nieznośny gorąc – jedziemy nawet z otwartym oknem!
Wagony nie są w najlepszej kondycji, lecz są zaskakująco przytulne. Korytarz wyłożony dywanem, eleganckie niegdyś zasłonki i obite skórą kanapy sprawiają, że mimo znaczącego wpływu czasu nadal czujemy się tu „mile widziani”. W każdym przedziale jest też spora przestrzeń bagażowa. Za oknem niespiesznie zmienia się mołdawski krajobraz – nie jest to kraj górzysty (najwyższy szczyt ma ledwie 430 m n.p.m.), a trasa nie przebiega przez jedyne cudo przyrody: Park Narodowy Orheiul Vechi z krasowym kanonem rzeki Raut.
Enoturystyka
Pomocny w spędzeniu 14 godzin jest mały bar na pokładzie. Barman z jakimś mężczyzną grają w nardy – popularną grę w krajach byłego ZSRR. Przerywają rozgrywkę, by nas obsłużyć. Nie jest to pełnoprawna restauracja, lecz oferta napojów jest szeroka – od bezalkoholowych po piwo i mołdawskie wina. Kraj słynie z produkcji tego trunku: enoturystyka odpowiada za sporą część odwiedzin. Jedną z największych atrakcji jest winnica Cricova z ponad 120 km korytarzy, w których swoje wino przechowują największe głowy świata. Legenda głosi, że Jurij Gagarin w latach 60. tak intensywnie degustował tutejsze trunki, że zgubił się w korytarzach Cricovej!
Na trasie czeka nas jeszcze jeden ciekawy przystanek – grubo ponad 2-godzinny postój na granicy mołdawsko-rumuńskiej. Konieczna jest wymiana wózków pod wagonami ze względu na „szerokie tory” stosowane w krajach byłego ZSRR. To świetny moment, by pomyśleć o historii tego miejsca. Mołdawia była częścią ZSRR do 1991 roku. Rok później wybuchła tu wojna domowa, której skutkiem jest oderwana i nieuznawana przez żadne państwo ONZ Republika Naddniestrza. Z drugiej strony kraj ma bliskie więzi z Rumunią – oficjalnym językiem jest rumuński, a sama nazwa pociągu „Prietenia” oznacza w tym języku przyjaźń.
Po zmianie wózków pozostaje zmrużyć oczy i otworzyć je dopiero na bukareszteńskim dworcu Gara du Nord – gwarnym, pełnym ludzi i pociągów jadących we wszystkich kierunkach Europy. Kontrast z Kiszyniowem jest ogromny.
Przeżyj podobną przygodę!
To była piękna podróż. Jeśli chcesz przeżyć ją razem z nami – sprawdź nasz wyjazd „Kolejowa Podróż w Czasie” już w czerwcu tego roku.
Szukasz innych przygodowych wyjazdów w małych grupach? Zajrzyj do naszej oferty!
Zapraszamy do przeczytania naszego ostatniego wpisu o „Niemieckiej Wenecji” LINK
Autor: Adam Mika


One response
Masz talent do opowiadania nawet o trudnych sprawach w prosty sposób.Dobrze się to czytało. Doceniam brak zbędnych ozdobników. Zapisuję stronę – za jakiś czas będę chciał tu wrócić, żeby poczytać nowe mam nadzieje równie dobre teksty.